Zdjęcie: ze źródeł publicznych
To opowieść o pokoleniu, które zamieniło swoją dziecięcą samotność w emocjonalną odporność.
Ludzie, którzy jako dzieci dorastali praktycznie sami – wracając do domu po szkole do pustych mieszkań, rozwiązując własne problemy i jedząc to, co było w lodówce – nabyli niesamowitą zdolność tolerowania samotności. Psycholog Lachlan Brown pisze o tym na łamach VegOut.
Według niego ludzie ci wcześnie zdali sobie sprawę, że bycie samemu nie jest nagłym wypadkiem i udało im się przekształcić swoją „cichą niezależność” w „rodzaj emocjonalnej wytrzymałości, którą posiada niewielu innych”.
Pokolenie „kluczy na szyi”
Według autora, termin „latchkey kid” stał się popularny w latach 70. i 80. i opisywał dzieci, które wracały do pustego domu po szkole, ponieważ oboje rodzice pracowali. Przytoczył badanie z 2004 roku, w którym opisano to pokolenie jako jedno z „najmniej zadbanych”. Brown wyjaśnił, że zjawisko to było spowodowane rosnącą liczbą rozwodów i zwiększonym udziałem kobiet w rynku pracy w czasie, gdy systemowa opieka nad dziećmi poza szkołą praktycznie nie istniała.
Jednocześnie, jak pisze psycholog, przez wiele lat uważano, że to źle, że dzieci pozostawione same sobie będą cierpieć. Zgodził się, że w przypadku niektórych dzieci, zwłaszcza tych bardzo młodych lub znajdujących się w niebezpiecznych okolicznościach, rzeczywiście tak było.
Brown zauważył jednak, że w przypadku dużej liczby tych dzieci godziny spędzone bez nadzoru nie spowodowały szkody, ale ukształtowały specyficzną zdolność psychologiczną, którą naukowcy dopiero teraz zaczynają w pełni sobie uświadamiać.
Co tak naprawdę kształtuje samotność
Brown przypomniał artykuł brytyjskiego psychoanalityka Donalda Winnicotta z 1958 roku, w którym argumentował, że zdolność do bycia samemu ze sobą jest jedną z najważniejszych oznak dojrzałości emocjonalnej. Wyraźnie odróżniał to od izolacji lub samotności jako cierpienia. Nie chodziło o alienację, ale o pozytywną umiejętność – psychologiczną zdolność do istnienia we własnym towarzystwie bez niepokoju, pisał psycholog.
„Jego kluczowa idea była paradoksalna: zdolność do bycia samemu kształtuje się poprzez doświadczenie samotności w obecności godnej zaufania osoby. Dziecko, które wie, że ojciec lub matka są w pobliżu, nawet jeśli nie wchodzą w aktywne interakcje, stopniowo rozwija wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. Z biegiem czasu poczucie to staje się „przenośne” – można je zabrać do pustych pokoi, cichych wieczorów i długich okresów bez struktury bez poczucia opuszczenia” – wyjaśnił Brown.
Podkreślił, że doświadczenie „dzieci z kluczem na szyi” nie do końca pasuje do tego opisu, ponieważ rodzice nie byli w sąsiednim pokoju – byli w pracy. Powiedział jednak, że dla wielu dzieci, zwłaszcza tych, które wiedziały, że są kochane i że ich rodzice wrócą, wydarzyło się coś podobnego: samotność stała się dla nich sesją treningową, a nie traumą.
W badaniu z 1996 roku przetestowano koncepcję Winnicotta, przeprowadzając ankietę wśród 500 dorosłych osób w USA na temat ich stosunku do samotności. Naukowcy odkryli, że ludzie, którzy dobrze czuli się w samotności, mieli niższe wskaźniki depresji, mniej objawów fizycznych i wyższą satysfakcję z życia, powiedział Brown, dodając, że umiejętność bycia samemu nie jest tylko cechą charakteru, ale prawdziwym zasobem psychologicznym.
Pokolenie, które przypadkowo nauczyło się, jak się uspokoić
Według autora, doświadczenie to dało milionom dzieci tysiące godzin nieustrukturyzowanego czasu w samotności dokładnie w okresie rozwojowym, w którym mózg uczy się samoregulacji.
„Nie było żadnych aplikacji. Nie było zaplanowanych zajęć. Nie było rodziców wyjaśniających lub podpowiadających rozwiązania. Byłeś znudzony – i musiałeś wymyślić, co z tym zrobić. Bałeś się hałasu – i musiałeś się uspokoić. Byłeś głodny – i musiałeś znaleźć coś do jedzenia. Czułeś się samotny – i musiałeś się z tym pogodzić lub znaleźć sposób na wypełnienie czasu” – czytamy w artykule.
Psycholog wyjaśnił, że każde z tych mikro-doświadczeń było lekcją samoregulacji, nie tego rodzaju samoregulacji, której uczy się na zajęciach lub terapii, ale takiej, która kształtuje się poprzez powtarzanie, a tym samym staje się automatyczna.
Dlaczego inne pokolenia tego nie mają
Brown pisze, że pokolenie poprzedzające „dzieci z kluczem na szyi” w większości nie miało matek pozostających w domu. Dzieci wracały do domu w kontrolowanym środowisku, w którym istniała struktura, nadzór i opieka, ale miały mniej miejsca na kształtowanie wytrzymałości na samotność.
„Kolejne pokolenia otrzymały inną formę kontroli: zorganizowaną aktywność. Piłka nożna, korepetycje, muzyka, zaplanowane spotkania. I w końcu smartfony, które zapewniły, że nawet fizycznie samotne dziecko nigdy nie było samo ze swoimi myślami” – zauważył.
Tak więc, argumentował, pokolenie „dzieci z kluczem na szyi” znalazło się w wyjątkowym historycznym oknie, w którym warunki były idealne do kształtowania ludzi, którzy naprawdę czuli się komfortowo we własnym towarzystwie.
„Myślę o tym w moim życiu w Sajgonie. Mogę siedzieć na balkonie przez godzinę, patrzeć na motocykle i nie myśleć o niczym. Czuję się jak w luksusie, a nie jak za karę. Moja żona czasami patrzy na mnie w takich chwilach i pyta, czy wszystko ze mną w porządku. Jestem więcej niż w porządku. To mój najbardziej naturalny stan” – wyjawił Brown.
Dodał, że ta umiejętność nie pochodzi z mądrości lub dyscypliny, ale z setek pustych popołudni, kiedy nikogo nie było w domu i musiał „nauczyć się dotrzymywać sobie towarzystwa”.
Jednocześnie Brown przyznaje, że niektóre „dzieci z kluczowymi szyjami” rzeczywiście były zaniedbywane, niektóre się bały, niektóre żyły w niebezpiecznych warunkach, „ale dla zdecydowanej większości – tych o stosunkowo stabilnym życiu i rodzicach, którzy po prostu pracowali – doświadczenie to ukształtowało konkretną i mierzalną cechę: komfort w samotności, który działa jako zasób psychologiczny przez całe życie”.
Uwagi:

